Blogowe Bagno

Długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Czy jest sens krytykować coś, co już wielokrotnie zostało skrytykowanie? Czy podawać konkretne osoby i firmy, które ewidentnie potrzebują upomnienia? Stwierdziłam, że nie mogę zacząć roku od duszenia w sobie negatywnych emocji i oto jest „Blogowe Bagno”.

 

Tradycyjnie dzień zaczęłam od małej prasówki i Facebooka. Jeszcze przed śniadaniem dostałam wrzodów na żołądku, widząc kolejną wpadkę pewnej szafiarki relacjonującej swój wyjazd na New York Fashion Week. Tobiasz z Freestyle Voguing, mistrz tępienia głupoty, zwrócił jej uwagę, że pan na zdjęciu z Anną Wintour to nie „mężczyzna po lewej” tylko Hamish Bowles, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy modowych. Karolina (uuups, czy właśnie wygadałam, że chodzi o Charlize Mystery? A miało być bez nazwisk…) szybko poprawiła wpis na blogu a Tobiaszowi napisała, że jest tylko szafiarką i zajmuje się ciuchami a nie dziennikarstwem modowym. Po pierwsze racja, ale czy zajmowanie się „tylko ciuchami” jest usprawiedliwieniem ignorancji? Nie mówię, że trzeba wiedzieć wszystko, sama wiem bardzo mało, ale jak czegoś nie wiem to sprawdzam, pytam, googluję. Poza tym to nie pierwsza wpadka Karoliny podczas tego wyjazdu, przypomnijmy słynny wywiad, w którym opisuje swój „nejklejs” i podaje swoją stronę „vi vi vi”.

 

Jadąc do Stanów wypadałby nauczyć się prawidłowej wymowy kilku podstawowych słów. Za tą całą wyjazdową akcję nie wiem czy większy minus należy się Karolinie czy agencji, która ją tam wysłała. Czy jakaś blogerka odrzuciłaby propozycję wyjazdu do USA i to jeszcze ze swoim chłopakiem? No właśnie, żadna. Już abstrahując od niewiedzy, ignorancji czy samouwielbienia szafiarki to agencja wybrała właśnie ją by reprezentowała Polskę podczas NYFW a przecież blogosfera nie tylko szafiarkami stoi. Mamy Harel, Zaczyńskiego, Tobiasza… Każdy z nich wyciągnąłby z tego wyjazdu o wiele więcej i napisał o wiele ciekawszą relację. Tu dochodzimy to pierwszego blogowego bagna. Liczy się ilość a nie jakość. Mowa o statystykach. Tylko czy to ma sens? Rzesze dziewczyn szukających inspiracji na stylizacje z sieciówek raczej mało interesują się projektantami i tygodniami mody a sama autorka nie ma wystarczającej wiedzy by przygotować ciekawy materiał. Kilka sweet foci z taksówki, samolotu, stylówki i obowiązkowe ścianki to zdecydowanie zmarnowanie okazji, jaką był pobyt w NYC.

Drugim blogowym bagnem są działy PR i marketingu. Tyle się mówi o tym, że blogerzy są nieprofesjonalni, nie dotrzymują terminów, ale firmy nie są lepsze. Jeśli ktoś by chciał (ja niechęcę) to blogerów można usprawiedliwiać tym, że w znacznej części jeszcze nie ukończyli liceum i mało wiedzą o biznesie. Ale w marketingu pracują dorosłe, wyedukowane osoby, które za swoją prace biorą pieniądze, więc do roboty. Czasem doproszenie się o przesłanie zdjęć i informacji prasowej o nowym produkcie graniczy z cudem. Zaznaczę dla jasności, mowa o wysłaniu maila a nie przesyłaniu produktów do domu. Jeden zwykły mail, który masowo został wysłany do różnych redakcji, więc przeforwardowanie go powinno zając chwilę, ale mimo to wiele firm ma z tym problem i zwyczajnie olewa blogerów. Wiem to z doświadczenia własnego i koleżanek blogerek z o wiele lepszymi statystykami niż moje.
Kontakty z firmami to niejednokrotnie droga przez mękę. Uwielbiam, kiedy dostaję propozycje współpracy, przez kilka dni lub nawet tygodni ustalamy wszelkie szczegóły, dopinamy na ostatni guzik by nie było niejasności i by obie strony były zadowolone w końcu przychodzi ten ostatni mail z hasłem „wszystko ok, wysyłamy produkty” i co? I cisza. Paczka ani przelew nigdy się nie pojawiają. Taką sytuacje miała z pewną sieciówką i dwiema markami kosmetycznymi. Sieciówki mi nie szkoda, to było dawno, ja byłam mniej wybredna, ale żałuję, że nie doszło do tej drugiej współpracy, bo to jedne z moich ulubionych szamponów. Nie mogłam sobie odmówić prześledzenia poczynań tych firm po naszej niedoszłej współpracy i nie znalazłam ich produktów na blogach, a przynajmniej nie w kontekście kampanii, o jakiej była mowa. Wnioskuję, że cała akcja umarła śmiercią naturalną, wystarczyło wysłać maila z informacją, że klient się wycofał or whatever. Szanujmy siebie i swój czas. Skoro jesteśmy przy tym temacie.

.
Blogowanie to praca i normalnym stanem rzeczy jest, że za prace chce się otrzymać wynagrodzenie. Nikt w dziale marketingu nie pracuje za free albo za mało trafione gifty. Jeśli jakaś marka na spotkaniu prasowym daje mi worek na buty i spodziewa się w zamian kilku publikacji u mnie na blogu i w magazynach, do których piszę to jest to dla mnie mało poważne. Tak samo mało poważane jest oczekiwanie, że napiszę test kosmetyku na podstawie informacji prasowej. Na portalach często pojawiają się wpisy, które są przedrukiem materiału wysłanego przez firmę, ale blogi maja inne zadanie. Tu liczą się opinie. Jak można oczekiwać rzetelnej opinii o produkcie, którego się na oczy nie widziało. Douglas, serio? Uups i znowu się wygadałam. Żeby nie było, że tylko marudzę a świat jest zły i ponury przytoczę firmy, z którymi warto współpracować, bo wiedzą jak kontakty z mediami powinny wyglądać. Mowa tu o Eisenberg i niezastąpionej Agnieszce, która nawet z pociągu wysłała mi zdjęcia potrzebne do magazynu. Nie wspominając o wyjątkowych kameralnych spotkaniach z Edmondem Eisenbergiem czy byciu na bieżąco z tym, co u blogerów słychać. Pewnego dnia napisałam, że jesienna aura mnie dołuje a za kilka dni pojawił się u mnie kurier z kremem i liścikiem na poprawę humoru. Można? Można! Marka Est by eS., też wie jak utrzymać relację, najlepszym tego przykładem była domowa wigilia dla przyjaciół marki.

.

Po ostatnim akapicie kilka firm się na mnie obrazi, więc teraz czas zrazić do siebie kolejną grupę. Czyli trzecie blogowe bagno, którym są same blogerki. Nie będę tu wytykać barku profesjonalizmu, głupich wpadek czy skrajnego narcyzmu. To jest, było i zawsze będzie. Ja też nie jestem idealna i jeszcze nie jedna wpadka mnie czeka. Ale jedno, czego nie mogę i nie chcę zrozumieć to zawiść między blogerkami. Na szczęście jestem trochę obok tego, bo więcej czasu spędzam w redakcji niż w blogosferze, ale dochodzą do mnie załamujące informacje. Jedna blogerka wysyła maile do firm oznajmiając, że inna handluje ich kosmetykami na Allegro. Druga usuwa ze znajomych blogerkę, która zaszła jej za skórę. Trzecia strzela focha na koleżankę, która dostała większą paczkę a inna pisze złośliwe komentarze z kilku fikcyjnych kont. Nawet nie mam siły tego komentować. Powiem tylko, że w jedności siła. Jeśli blogerki trzymałby się razem i nie traciły czasu na kopanie pod sobą dołków mogłyby więcej osiągnąć, negocjować lepsze deale z firmami i mieć więcej czytelników.

.

Ten tekst po części powstał w odpowiedzi na pytania moich znajomych chcących założyć własnego bloga. Większość z nich żyje w przeświadczeniu, że nie robiąc nic (bo pisanie postów to przecież nie praca) można zarobić miliony. Blogowanie to ciężka harówka. Trzeba być dziennikarzem, fotografem, grafikiem, managerem, PRowcem, ekspertem social media i niekiedy informatykiem. Opublikowanie postu, dobrego postu, poprzedzone jest researchem, robieniem i obróbką zdjęć, pisaniem i poprawianiem tekstu. Gdy już post się pojawi trzeba go wypromować, utrzymać zainteresowanie czytelników, zdobyć zainteresowanie firm i zacząć wszystko od nowa, bo już czas na następny wpis. Patrząc na ilość blogerów odnoszących sukcesy to jest ich zdecydowanie mniej niż gwiazd filmowych czy telewizyjnych a podobno tam trudno zrobić karierę. Nie chcę nikogo zrażać do blogowania wiem ją satysfakcję może to sprawiać i jaką radość daje każdy lajk, komentarz czy maila od czytelnika, ale trzeba być cierpliwy, wytrwałym i jeszcze raz cierpliwym.

.

P.S.
Zanim zostanę spalona na stosie, nie mówię, że wszystkie firmy są nieprofesjonalne w kontaktach z blogerami ani że wszystkie blogerki są głupie i zawistne. Tym bardziej nie sugeruję, że jestem ekspertem i wzorem do naśladowania.