Echa Czasu – premiera w Teatrze Wielkim

W sobotę w Teatrze Wielkim odbyła się premiera baletu „Echa Czasu”. Trzy historie, trzech mistrzów i trzy choreografie zamknięte w jednej międzynarodowej produkcji. Wspólnym mianownikiem jest energia i estetyka układów, współczesny balet nieodcinający się od klasycznych form. Prezentowanie trzech odrębnych choreografii w jednym spektaklu nie jest nową formułą dla Teatru Wielkiego. Ten zabieg świetnie sprawdził się w „Święcie Wiosny” gdzie zestawiono dzieła Bejarta, Niżyńskiego i Gata.

 

Pierwsza cześć zatytułowana „Century Rolls” to dzieło brytyjskiego choreografa Ashley Page. Balet zbudowany jest koncercie fortepianowym Johna Adamsa i jego metodologii tworzenia. Miejscami jest dynamiczny a chwilami refleksyjny. Mimo że w scenach grupowych czasem widać było brak synchronizacji to duety wynagradzały to z nawiązką. Mocne pas de deux Pawła Koncewoja i Izabeli Milewskiej oraz gromko oklaskiwany występ Yuki Ebihara i Sergeya Popova. Całości dopełniła minimalistyczna scenografia przypominająca rolkę do pianina, która wprawiona w ruch niczym pozytywka wygrywała melodię.

 

Druga cześć wieczoru to „Moving Rooms”, balet powstał 4 lata temu dla holenderskiego Het Nationale Ballet. Autora, dyrektora Polskiego Baletu Narodowego Krzysztofa Pastora cenię za to, że z sezonu na sezon coraz wyżej stawia poprzeczkę, zarówno sobie jak i swojemu zespołowi. Po sukcesie „I przejdą deszcze…” moje oczekiwania wobec tego baletu były niemałe i szczerze przyznam, że „Echa Czasu” spodobały mi się najbardziej.  Bezkresna czerń sceny, proste kostiumy,  mariaż utworów Alfreda Schnittke i Henryka Mikołaja Góreckiego oraz mocno osadzona w muzyce ekspresyjna choreografia budzą na przemian skrajne emocje. Od spokoju i harmonii po lęk. Ruch jest bardzo szybki, ale jednocześnie precyzyjny. Na scenie zobaczyliśmy niesamowite duety i solo Carlosa Martina Pereza a sceny grupowe były niemal perfekcyjnie zsynchronizowane.

 

Ostatnim baletem był „Artifact Suite” autorstwa Williama Forsythe (polską premierę zrealizowała Kathryn Bennetts). Suita wywodzi się z pełnospektaklowego „Artifact” powstałego w 1984 roku, a jako oddzielna, skondensowana wersja miała swoją premierę w 2004 roku. Jest to bardzo przemyślana i bardzo przestrzenna choreografia. Na początku kilkudziesięcioosobowy zespół baletowy, dygowany przez tajemniczą instruktorkę stanowi dynamiczne tło dla duetów. Gdy wszyscy tancerze wychodzą na scenę mamy wrażenie jakbyśmy obserwowali żywy organizm pod mikroskopem. Z pozoru chaotyczny ruch wyznacza rytm, kierunek i harmonię, nic nie jest przypadkowe. Momenty, w których tancerze łączą się w  synchronicznym układzie robią niebywałe wrażenie. Stają się nijako jednością, odczucie to potęgowane jest przez identyczne stroje rodem z sali treningowej.

 

„Echa Czasu” gorąco polecam, nie tylko stałym bywalcom Teatru Wielkiego. Ten spektakl to doskonała propozycja dla mniej wtajemniczonych widzów. Zamiast fabuły, która dominuje w klasycznych baletach tutaj autorzy komunikują się poprzez emocje i ruch sam w sobie, co sprawia, że odbiór utworu jest łatwiejszy.

 

Zdjęcia: Ewa Krasucka / Teatr Wielki - Opera Narodowa

Zobacz też:

Your Sister’s Sister

Political Dress

Triszna. Pragnienie miłości